Cóż, może nie trafię na czwartą płytę Buldoga tymi tekstami, ale...
Listki
Złapię twoje usta, bo czerwienią.
Jak jesienny liść i wargi biednej
pani z magazynu dla dorosłych, tej,
co na ubrania nigdy pieniędzy dość nie miała.
Więc, niewiele mogąc, ożywiam
magią i słowem dwie czerwone kreski.
Teraz widzę tęczę – tęczę jednobarwną,
lecz nie zwykłą, ponieważ
od nieba do nieba płynie,
w dół schodząc ku ziemi raz.
I w rozedrganiu chwilą, ukradnę ją,
wyrwę z ciała miękkiego jak sen.
W jasny dzień dmuchnie wiatr,
zgasną świeczki w pokoju i
skończy się świat.
W ciemności zaskrzypią drzwi,
ktoś wejdzie cicho i zabierze nas.
Dokąd? Tego nie wie nikt.
Nim to uczyni, pod pazuchę schowam skarb.
Obcy, Inni, Nieznani, gdy Archanioł zadmie w trąbę,
zagrodzi im bramy raju, wyciągną wszystko:
krucyfiksy, zdjęcia, modlitwy i
pisemne poświadczenia dobrych uczynków,
stemplowane znakiem ryby.
Książeczki oszczędnościowe wiary,
chowane w przepastnych dziurach kieszeni
lub w rulon zwinięte w szparach po postrzałach.
Złote sztabki cnoty, ukryte w sakiewkach, pachnących
raczej smakiem głodu niż ciężarem monet.
A ja, mały grzesznik, czerwonych ust amator
zaniosę przed Sąd Ostateczny, całkiem poważnie,
Twój uśmiech, zawieszony marionetką na palcach.
Bóg z wrażenia
zdejmie okulary jak pani od plastyki.
Elegia na własną przyszłość
miał lat piętnaście
biernie słuchał mądrych słów
uśmiechniętej pani przy tablicy
chłonął pogodne proroctwa
o karierze domu i przyszłości
nie mogąc słuchać wyszedł
miał lat siedemnaście
księżyc zaglądał sierpem przez okno
we wspólną młodzieńczą nagość
on pił półksiężyce kształtów
by później plunąć słowem
czas wstawać
czytając wolno palcami drżenie mięśni
wyrzutów sumienia na jej twarzy
szeptał tylko
nie czekając do świtu
że nie może zostać
miał lat dwadzieścia
zawiązał sznurek na walizce
matka prosiła
matka płakała
matka grodziła drzwi
serafin z chłodną dłonią
serafin z ognistym okiem
chciała wyłącznie by zaczekał kilka lat
powiedział tylko że nie może zostać
miał lat dwadzieścia pięć
tynk w zadymionym pudełku rupieci
odpadał jak strącone gwiazdy
ludzie zamknięci w pudełku rupieci
też stawali się niepotrzebni
Ona prosiła tylko żeby odszedł
on powiedział tylko że i tak nie może zostać
gdy stał w pokoju sam
wciąż mając lat dwadzieścia pięć
życie błagało go żeby został
powiedział tylko, że nie może zostać
a słowo to nie dotarło do nikogo
odbijając się po ścianach pusto jak śmiech
i ten kto w sznurku jedynie widzi
niewinną zabawkę dziecka
niech wie że zimny świat
obrócił się trzykrotnie w gasnącej poświacie oka
podobnie ciepłe wnętrzności wrzały buntem
nim nogi zagrały w powietrzu ostatnie tango
tnąc bez oparcia bezlitosne powietrze jak ślepiec.
Ostatnio edytowany przez koziek (2012-01-14 17:10:57)